Kłamstwo Netflixa w serialu „Ołowiane dzieci”. Lekarka nie była „białym zbawcą”
Prawdziwa szopienicka lekarka, prawdziwa Jolanta Wadowska-Król, urodziła się i wychowała w Katowicach, więc z pewnością doskonale posługiwała się językiem śląskim. I zapewne, by przełamać nieufność lokalnej społeczności, takim językiem się w kontaktach z nią posługiwała.
W amerykańskim, czy szerzej zachodnim, kinie przez dziesiątki lat pojawiał się motyw "białego zbawcy". W opartej na tym motywie historii główną postacią jest biały bohater, który pomaga czarnoskórym i prowadzi do ich zmiany. W filmach takich jak "Wielki Mike" (2009), "Wolność słowa" (2007), "Służące" (2011) czy "Młodzi gniewni" (1995) to właśnie on jest pokazany jako najmądrzejszy i najbardziej decyzyjny, a czarnoskórzy bohaterowie często pełnią rolę uczniów lub tła.
Taki sposób narracji bywa dziś ostro krytykowany, bo skupia się głównie białym bohaterze i pomniejsza rolę i - przede wszystkim - samodzielność pozostałych postaci. Dziś raczej nikt takich filmów jak wymienione wyżej by nie nakręcił. Bo natychmiast spotkałby się oskarżeniami o rasizm.
Ciemni tubylcy i światły obcy zbawca
Tymczasem najnowsza produkcja Netflixa, "Ołowiane dzieci", jest zbudowana na zupełnie podobnym motywie. Jest oto młoda lekarka, która odkrywa, że dzieci mieszkające w pobliżu Huty Szopienice masowo chorują na ołowicę.
Komunistyczne władze chcą zamieść problem pod dywan. Również miejscowa społeczność jest przeciwna jej badaniom. Łatwo to zrozumieć. Wszak mogą one doprowadzić do zamknięcia jedynego w Szopienicach zakładu pracy. Zakładu, który jest żywicielem całych Szopienic. Z drugiej jednak strony ten żywiciel truje szopienicki dzieci. Więc - delikatnie mówiąc - problem nie jest prosty. Jest zawiły i skomplikowany.
Tymczasem antagonizm na linii lekarka-społeczność jest zbudowany na motywie prostym jak drut. Oto są prości ludzie. Brudni. Gburowaci i opryskliwi. Nawet wobec gościa (sic!). I to jeszcze zanim się dowiedzieli kim ów gość jest. Po drugiej stronie stoi samotnie inteligentna, wykazująca zrozumienie wobec nich, ale jednak nieustępliwa kobieta. I jest coś jeszcze. Oni posługują się dziwnym językiem. Niby mówią po polsku, ale wtrącają w każdym zdaniu jedno bądź dwa śląskie słowa. Filmowy towarzysz Ziętek posługuje się podobnym językiem. Nawet towarzysz Grudzień wtrąca od czasu do czasu jakieś śląskie słowa. Jednak ona, owa zbawczyni, posługuje się poprawną polszczyzną sugerującą, że jest inteligentna, kulturalna, wykształcona. Mało tego! Sugerującą, że ona przyjechała do śląskich Szopienic spoza Śląska. Z Warszawy czy innego stuprocentowo polskiego miasta.
I ratuje tych Ślązaków, tych borŏkōw, którzy sami o siebie zadbać nie potrafią. Nawet ratuje ich wbrew ich woli. Bo oni przecież, jako ludzie niższej kasty, niższego sortu, nie mogą sami o siebie zadbać. Dokładnie tak jak murzy..., oops, czarnoskórzy, w amerykańskim kinie sprzed lat.
Jan Skrzek w zapowiedzi serialu „Ołowiane dzieci”:
Skąd pochodzi prawdziwa bohaterka Szopienic
Tymczasem prawdziwa szopienicka lekarka, prawdziwa Jolanta Wadowska-Król, urodziła się i wychowała w Katowicach, więc z pewnością doskonale posługiwała się językiem śląskim. I zapewne, by przełamać nieufność lokalnej społeczności, takim językiem się w kontaktach z nią posługiwała. No ale jak można w filmie pokazać, że ktoś inteligentny i wykształcony gŏdŏ po ślōnsku?
Drugą kwestią jest fakt, że ci głupi Ślązacy nie posługują się językiem śląskim, tylko jakąś polsko-śląską gwarą. Teoretycznie mogliby posługiwać się w miarę poprawnym językiem śląskim, ale wówczas ich wypowiedzi stałyby się niezrozumiałe dla przeciętnego polskiego odbiorcy. Więc trzeba by umieścić polskie napisy w filmie! I jak by to wyglądało? Jeszcze dałoby argument tym wszystkim, którzy twierdzą, że śląski etnolekt jest odrębnym językiem.
Biały zbawca czarnoskórych jest w dzisiejszym kinie passé. Jednak polski zbawca ciemnych Ślązaków jest jak najbardziej ok.
Prawdziwy powód zacofania - gdzie zaczynaliśmy, a do czego doprowadzono...
Mapa przedstawia stopień analfabetyzmu w przedwojennej Polsce:

Na początku każdego odcinka emitowany jest stylizowany na starą kronikę filmową fragment opowiadający o Górnym Śląsku. W pierwszym odcinku w tym fragmencie padają słowa: "Śląsk to prawdziwy klejnot na mapie Polski. Kiedyś zacofany, dziś pędzi w kierunku nowoczesności". Te słowa wypowiada lektor kroniki filmowej, można więc początkowo domniemywać, że jest to siermiężna komunistyczna propaganda lat 70-tych. Jednak później, w kolejnych scenach, ta komunistyczna propaganda staje się rzeczywistością. Ślązacy są zacofani. I potrzebny jest jakiś Polak, jakaś Polka, by z tego zacofania ich wydźwignąć. Producentom serialu pragnę więc zadedykować mapę, która pokazuje owo zacofanie na tle innych części Rzeczypospolitej. Zacofanie w postaci analfabetyzmu w roku 1931, więc prawie pół wieku przed akcją serialu.
Rafał Adamus
Zdjęcia "zacofanych" mieszkańców Szopienic wykonane na chwilę przed wybuchem II wojny światowej, znalezione w latach 90-tych na wysypisku Huty Szopienice, sygnowane datą 7 sierpnia 1939 roku:



Od Redakcji: "Śląsk to prawdziwy klejnot na mapie Polski. Kiedyś zacofany, dziś pędzi w kierunku nowoczesności" - ten przekaz jest fałszem na znacznie większym polu. Otóż względem czego miałby być kiedyś zacofany Śląsk? Względem ówczesnej Polski? Względem reszty Europy? Fakt jest taki, że Szopienice były miastem (a potem dzielnicą) bardzo nowoczesnym, z kilkoma dobrze wyposażonymi szpitalami, zagospodarowanymi osiedlami i całą wysokorozwiniętą miejską infrastrukturą. A mieszkańcy byli wykształceni i społecznie zorganizowani. W województwie śląskim przed wojną analfabetyzm był marginalny (1,5%), podczas gdy w reszcie Polski sięgał do 50%. To "zacofanie" i degradacja społeczna przyszła więc do Śląska wraz z powojenną Polską Ludową. Wówczas Śląsk nie "pędził ku nowoczesności", ale wprost ku zagładzie. Czego bezpośrednim skutkiem były tytułowe "ołowiane dzieci".

Redakcja, Rafał Adamus, Fot. Zobacz Śląsk, YouTube Netflix









