"Od Katowic idzie słońce", Anna Malinowska

Kiedy byłam młodsza, nie lubiłam tej dzielnicy. Napawała mnie smutkiem i rezygnacją, więc z ulgą wskakiwałam do autobusu, by stamtąd uciec. Kolejne przystanki nie były lepsze: przygnębiające ceglane mury Nikiszowca rozrastające się przy kopalni Wieczorek, po drugiej stronie drogi jakieś zakłady, smętne budki, rozbabrane placyki, ponure, nieciekawe obrazy. Mój podły nastrój pryskał, gdy autobus wtaczał się na ulice między pastelowymi blokami mojego Giszowca. W tamtym czasie jawił mi się on jako inny, normalniejszy świat. Kompletnie nie docierało do mnie, że dzielnica, w której żyłam, wyrosła na pokiereszowanej tkance starego świata, a jego resztki prześwitywały między osiedlowymi blokami i klombami.

Giszowiec wybudowano na początku XX wieku jako osiedle dla górników pracujących w kopalni Giesche, później nazwanej Wieczorek. Powstał w pewnej odległości od kopalni, w przeciwieństwie do przylegającego do niej Nikiszowca. Choć oba te osiedla zaprojektowali Georg i Emil Zillmannowie, to była między nimi kolosalna różnica: Nikiszowiec to zwarta zabudowa z czerwonej cegły, Giszowiec z kolei – wtopione w zieleń domki.

Zillmannowie, zanim zaprojektowali osiedle wraz z jego domkami, zapoznali się ze starą architekturą Śląska, więc nie było na Giszowcu żadnego przeszczepiania na tamtejszy grunt rozwiązań z budownictwa niemieckiego. Nie uświadczyło się tam też dwóch identycznych domków – choć podobne, to zawsze różniły się jakimś detalem: kształtem ganku, układem okien, klamkami. Dzięki doskonałemu dostosowaniu skali budynki współgrały z zielenią. Układ osiedla odwzorowywał miejsce jego mieszkańców w hierarchii – willę dyrektora spółki Giesche oddzielono szosą od reszty osady i otoczono parkiem, a sam budynek zdecydowanie różnił się wielkością od pozostałych.

Giszowiec powstał od razu jako samowystarczalne osiedle robotnicze ze sklepami, zakładami usługowymi, ogrodami, zapleczem administracyjnym i kulturalnym, gospodą oraz szkołą. Podobnie niezależny i samodzielny był też Nikiszowiec ze zwartymi ciągami kamienic, skąpą zielenią, z rynkiem ze sklepami w podcieniach i górującym nad całością kościołem. Oba osiedla wraz z Szopienicami od 1960 roku przynależały do Katowic.

W latach siedemdziesiątych na Giszowiec wjechały koparki, by wyburzyć przedwojenne domki, bo ówczesna władza postanowiła napisać nową historię osiedla, wybudowanego na zlecenie niemieckiego kapitalisty – teraz miały tu stanąć bloki z wielkiej płyty. Historię osiedla opowiedział Kazimierz Kutz w Paciorkach jednego różańca.

„To co, idymy na nowe? Patrz, co tam bydymy mieć. Woda ciepło w kokotkach, gaz, wychodek na miejscu. A na dole ino na knefel przycisnymy i windą pojadymy na górę” – przekonywała górnika Karlika Habrykę jego żona. „Ni mom zamiaru się przekludzoć! Choćby nie wiem co!” – wściekał się Karlik. Wraz z rodziną mieszkał w giszowieckim domku przeznaczonym do wyburzenia, obok którego wyrosły już bloki. Na świat Habryki oprócz rodziny składały się medale, które otrzymał za zasłużoną pracę w kopalni, zwierzęta: pies, niepokorny kogut i królik Maciuś, dobrzy sąsiedzi oraz zasady. Nie chciał niczego zmieniać i iść do „szuflady w betonie”.

Wraz z przedwojenną zabudową zniknąć miała również nazwa Giszowiec, ale ta nowa, narzucona odgórnie, nie przyjęła się wśród mieszkańców – nigdy nie słyszałam, by ktoś z miejscowych mówił, że mieszka na osiedlu Staszica. Dzięki zaangażowaniu wielu ludzi udało się uratować także część starego Giszowca. Wyburzenia przetrwał między innymi filmowy domek górnika Habryki przy ulicy Przyjaznej, podobnie jak część innych budynków, które dziś wyróżniają się wśród bloczków i gmaszysk z wielkiej płyty.

Moja rodzina w latach siedemdziesiątych zamieszkała w dość kameralnym bloku z trzema klatkami, czterema piętrami i potężnymi kasztanowcami oraz ścianą zieleni za oknem. Tę część dzielnicy wypełniała roślinność, Giszowiec z tej strony wtulił się w las. Dodatkowo pobliski krajobraz zmiękczały resztki przedwojennej zabudowy – stare domki z ogródkami, stary rynek ze skwerem i potężnymi lipami, wokół którego stały domy, sklepy i piekarnia, dawny dom leśniczego zmieniony w przedszkole i dawna karczma, w której urządzono dom kultury. (…)

Jak każdy mieszkaniec Giszowca dorastałam w cieniu przemysłu i nie musiałam zjeżdżać pod ziemię, by widzieć wymaraszonych górników w roboczych ciuchach i gumiakach na nogach, o oczach obwiedzionych czarnym pyłem, którzy przemieszczali się między szybami ulicą Szopienicką, biegnącą wzdłuż Nikiszowca.

To właśnie w pobliżu ulicy Szopienickiej Brosowie znaleźli idealne miejsce na galerię. Monika nigdy nie zapomniała chwili, gdy po raz pierwszy odwiedzili nieczynny już szyb Wilson kopalni Wieczorek. Zachwycona katedralną przestrzenią oraz wpadającym przez okna rozproszonym światłem nie zwróciła nawet uwagi na leżące dookoła sterty śmieci i gruzu ani na przemykające szczury. Magiczna chwila sprawiła, że małżeństwo postanowiło wydzierżawić szyb i urządzić w nim galerię sztuki. W magazynach, maszynowni i biurach dozoru, na wzór browaru, miały powstać biura.

Do galerii Brosów, działającej od 2001 roku, nie miałam daleko, bo jeszcze na studiach opuściłam Giszowiec, by zamieszkać w swoim pierwszym samodzielnym mieszkaniu w bloku przy ulicy Szopienickiej, w pobliżu ceglanej zabudowy Nikiszowca. Okna mojego mieszkania wychodziły prosto na dwa potężne kopalniane kominy i zabudowania szybu Pułaski przy ulicy, po której oprócz aut i autobusów poruszały się zasmolone ciężarówki z węglem. Przed oknami przez jakiś czas rosła rozłożysta topola, ale ktoś ją ściął.

Przyzwyczajona do innych widoków z Giszowca, nie polubiłam Nikiszowca, większość czasu spędzałam w centrum Katowic i u rodziny na Giszowcu. Po Nikiszowcu przemykałam, gdy musiałam iść na pocztę, bo przyszedł polecony, lub zrobić drobne zakupy. Mijałam ceglane ściany pobazgrane sprayem przez tych, którzy szli za GieKSą albo za Ruchem, bądź też tych, którzy uważali, że dzielnicowy o konkretnym nazwisku to „parówa”.

Dzielnicę pokrywały kurz i błoto, na podwórkach stały smętne huśtawki pamiętające czasy głębokiej komuny, obok rozwalone śmietniki z hasiami dookoła, potężne kałuże, rozmokła ziemia i kikuty zdewastowanych ławek.

– Dasz dwa zeta? – zagadnął mnie chwiejący się typ w kapturze. Jego kumple zaczęli mówić coś, że obcy są tu niemile widziani, ale dali sobie spokój, kiedy odpyskowałam, że byłam z sąsiedniego Giszowca. Wszystko to wydarzyło się w scenerii zaprojektowanej przez Georga i Emila Zillmannów, naniegdyś prężnie się rozwijającym osiedlu. Gdy po 1989 roku kopalnia utraciła patronat nad Nikiszowcem, by zgodnie z nowymi dyrektywami skupić się już tylko na produkcji węgla, czas stanął tu w miejscu. (…)

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że pewnego dnia oślepiło mnie piękno starej czerwonej cegły, że urzekł mnie geniusz architektów Zillmannów, który można podziwiać do tej pory, bo stara zabudowa, wpisana do rejestru zabytków, przetrwała do współczesności bez jakichkolwiek zmian, wyburzeń, przeróbek czy upiększeń. Tak naprawdę byłam wściekła, że miejsce, w którym przyszło mi żyć, z biegiem czasu stało się tak brzydkie i nieprzyjazne. Oberwało mi się od razu. „Wyborcza” opublikowała polemikę Michała Smolorza. (…)

– A co tu jest do zwiedzania? Posikany przez psy i pijaczków park? Te kwiatki wymalowane na poczcie? Kościół? Wszędzie, dokąd się pojedzie, stoi jakiś kościół. I co? Nikiszowiec nie jest żadną atrakcją turystyczną! – pukali się w głowę niektórzy mieszkańcy.

O dzielnicy rozmawiałam z Piotrem Uszokiem, ówczesnym prezydentem miasta, różnymi urzędnikami, od których słyszałam, że nikt nie wie, w jaki sposób rozwiązać wieloletnie problemy tego skądinąd wartościowego miejsca. Z pomocą przyszła katowicka redakcja „Wyborczej” – zaczęliśmy zapraszać mieszkańców na spotkania dotyczące ich własnej dzielnicy.

Okazało się, że zwykli ludzie też mieli dość stagnacji, widzieli problemy i chcieli zmian, na które zgłaszali własne pomysły.

– Zrobić porządki! Położyć nowe chodniki, żeby ludzie po deszczu nie grzęźli w błocie – postulowano na spotkaniach. O ironio, blisko sto pięćdziesiąt lat po tym, jak Richard Holtze chciał brukować ulice Katowic, a miejscowi radzili mu włożyć kalosze, w mieście były takie same kłopoty.

– Mamy dość wandali! Potrzebne są kamery i monitoring – odzywały się kolejne osoby.

– Młodzi nie mają co robić, to niszczą. Brakuje boiska, a gra w piłkę by ich zajęła – podpowiadał ktoś inny.

– Na Nikiszowcu powinna zagościć kultura. W letnie wieczory można by ustawić scenę, zapraszać teatry, operę – dał się słyszeć czyjś cichy głos.

Po burzliwej dyskusji stanęło na tym, żeby wyrzucić samochody z rynku, bo nie ma gdzie spacerować. To była pierwsza rzecz, którą mieszkańcy postanowili zmienić. (…)

W maju 2008 roku katowicka redakcja „Gazety Wyborczej” zaprosiła do Nikiszowca wiceministra kultury Tomasza Mertę i senator Krystynę Bochenek. (…) Wybrałam się z nimi na spacer po dzielnicy, spontanicznie postanowiliśmy wejść na najwyższy punkt widokowy, wieżę kościoła Świętej Anny. Nic nie zostało wcześniej umówione, ale ksiądz proboszcz Zygmunt Klim zgodził się od razu.

– Ino uważejcie. Stromo i niesprzątane – ostrzegł.

Rzeczywiście wejście było niemal po drabinie i bardzo zakurzone, ale Krystyna Bochenek w białej bluzce i na dziesięciocentymetrowych szpilkach niezrażona pięła się w górę wspólnie z pozostałymi.

– To daje pełny obraz, jak dzielnica została zaprojektowana i zbudowana. Jak to dobrze, że ominęły ją przekształcenia. Nie zniszczono jej budową apartamentowców czy supermarketów – Merta był zachwycony. Wspólnie z Bochenek nie mieli wątpliwości, że dzielnicę powinno się wpisać na listę pomników historii.

Kilka godzin później w dzielnicy odbyła się debata z udziałem naszych gości – prezydenta Katowic Piotra Uszoka i innych urzędników – oraz tłumu mieszkańców, którzy szczelnie wypełnili wynajętą salę. W czasie gorącej dyskusji Merta i Bochenek przekonywali, że Nikisz ma wszelkie atuty ku temu, by się ubiegać o tytuł pomnika historii, opowiadali, jakie obowiązują procedury, i podkreślali, że takim mianem nie cieszył się jeszcze żaden obiekt w Katowicach, ba, w całym województwie śląskim były tylko dwa miejsca uhonorowane w ten sposób: podziemia zabytkowej kopalni rud srebronośnych i sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach oraz Jasna Góra w Częstochowie. W końcu prezydent Uszok zadeklarował złożenie wniosku o wpis dla Nikiszowca.

Tymczasem Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Katowicach uruchomił w dzielnicy punkt informacji obywatelskiej, który miał się zająć aktywizacją mieszkańców. (…) Niezrażeni mieszkańcy – już bez pośredników z „Wyborczej” – uradzili, że w 2008 roku wspólnie zorganizują pierwszy w dzielnicy jarmark bożonarodzeniowy na rynku, który zgodnie z ich wolą został zamknięty dla samochodów.

W dniu jarmarku przetarłam oczy ze zdumienia, bo po raz pierwszy zobaczyłam na Nikiszowcu bożonarodzeniową choinkę, a w powietrzu poczułam aromat grzanego wina, gotowanego żuru i smażonych krupnioków, sprzedawanych przez mieszkańców na stoiskach. Wokół nich uwijali się mężczyźni w górniczych mundurach galowych, namawiając do zakupu ozdób świątecznych wykonanych przez uczniów nikiszowieckiej szkoły. W podcieniach rynku można było kupić obrazy Grupy Janowskiej, wystawione przez samych autorów. Chętnych nie brakowało, bo na jarmark przyjechało sporo ludzi, dzięki czemu widziałam na Nikiszowcu taki tłum jak nigdy. Po raz pierwszy w cieniu tutejszej kopalni ujrzałam grupki uśmiechniętych osób, rozmawiających, pijących wino i niczym się nieróżniących od tych, które można spotkać na świątecznych jarmarkach w Berlinie czy Wiedniu.

Być może wtedy zaczął się czas mojej wewnętrznej metamorfozy, może w ten zimny grudniowy dzień na nikiszowieckim rynku dostrzegłam piękno tego miejsca, bo wcześniej byłam po prostu wściekła na to, że stara, zabytkowa dzielnica niszczeje, i domagałam się poprawy warunków życia w niej oraz wykorzystania jej potencjału. Wtedy, gdy rozmawiałam z ludźmi na rynku, zjadłam kilka przysmaków, kupiłam jeden z obrazów artysty z Grupy Janowskiej, doceniłam wartość tego, co zawsze było wokół mnie: kopalnianych szybów, murów starych familoków, świata górników i robotników, na którym wyrosło moje miasto.

Od Katowic idzie słońce

Anna Malinowska

Absolwentka politologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, dziennikarka, autorka książek o tematyce regionalnej.

„Miasto to opowieść, która się składa z tysięcy drobnych historii” – pisze Malinowska, po czym za pośrednictwem barwnych losów swoich bohaterów opowiada historię Katowic od czasów, gdy były jeszcze błotnistą wsią. Podejmuje temat masowej emigracji ze Śląska do RFN, bada świadectwa krwawo stłumionych protestów w kopalni Wujek, przygląda się złożonej – i dla wielu kontrowersyjnej – idei Ruchu Autonomii Śląska.

"Od Katowic idzie słońce"
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 11, 38–307 Sękowa
www.czarne.com.pl

Zdjęcie na górze: Aliva Sahoo

 Zobacz więcej felietonów 




Promujemy

Muzeum Śląskie w Katowicach
Kino Rialto w Katowicach
Rondo Sztuki Katowice
Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach
Galeria Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach
Muzeum Historii Miasta Katowice